Czemu odchodzimy od medycyny naturalnej?

Czemu odchodzimy od medycyny naturalnej

Zdaje się, że każdy, kto zainteresował się medycyną naturalną i odkrył jej zapomniany przez większość społeczeństwa potencjał, choć raz musiał stawić czoła kpiącym uśmieszkom osób ze swego otoczenia. Medycyna naturalna odchodzi do tzw. lamusa.

Obserwując cywilizacyjny postęp, który dostrzegalny jest również w rozwoju i zmianach na rynku farmaceutycznym, zaczynam zastanawiać się, dokąd to wszystko zmierza. Dlaczego ludzie porzucają metody na zachowanie zdrowia i urody stosowane przez nasze babcie i wolą wspomagać się pakowanymi w wyprodukowane z syntetycznych materiałów opakowania leki, suplementy, kremy, maści, te wytworzone w masowej produkcji w fabrykach ulokowanych nie wiadomo gdzie… Czemu nawet dziś, gdy wiemy, że zabrnęliśmy odrobinę za daleko, że to właśnie nadmierne wykorzystywanie dokonań w dziedzinie chemii do produkcji żywności czy leków jest przyczyną wielu dolegliwości, ciągle chcemy uciekać się, w walce z nimi, właśnie do tego, co sztuczne? Pójdźmy dalej- czemu chcemy przetwarzać produkty naturalne o prozdrowotnych właściwościach, by przyjmować je w formie tabletek, jeśli mamy do nich dostęp, w ilościach niemal nieograniczonych, na targach, w sklepach etc.? Może przesadzam, ale dla mnie brzmi to wszystko jak absurdalny i niczym nieumotywowany kaprys.

Tego typu dylematy nie dają mi spokoju. Popadliśmy w błędne koło. Proszę, nie zrozumcie mnie źle. Fakt, że możliwe jest wykonywanie skomplikowanych operacji, transplantacji, przeprowadzanie szczegółowych badań z wykorzystaniem sprzętu niczym z filmu science-fiction etc., jest zadziwiający i świadczy o wielkich predyspozycjach ludzkiej inteligencji. Jednakże, we wszystkim należy zachować pewne granice. Operacje, zabiegi, nawet leki ratujące życie to jedno, a codzienna rutyna współczesnego człowieka- drugie.

Wydaje mi się, że odpowiedzią na pytanie o przyczynę tego, że stopniowo odchodzimy od medycyny naturalnej jest błędne kojarzenie jej z zabobonami, znachorstwem czy nieudolnym próbowaniem paraniem się magią (jakkolwiek niepokojąco czy dziwnie to brzmi…). Cóż, skojarzenie praktyk medycyny naturalnej ze znachorstwem może nie jest tak do końca błędne, gdyż znachorem jest, zgodnie z definicją pojęcia, osoba bez medycznego wykształcenia parająca się medycyną. No właśnie- medycyną, leczeniem ludzi. W języku francuskim znachora określa się słowem guérisseur, które, etymologicznie, oznacza osobę, która leczy (guérir– leczyć). Oczywiście niemożliwym jest dzisiaj zweryfikowanie metod pracy działających wieki temu znachorów, tj. czy faktycznie posiadali oni wiedzę z zakresu ziołolecznictwa czy nie, czy próbowali nadrabiać swe niekompetencje wypowiadaniem dziwnych zaklęć, które żadnego znaczenia, prócz może znanego współczesnej medycynie efektu placebo, które zresztą sama wykorzystuje (!), nie miały, ale, fakt faktem, wielu z nich budziło zaufanie ludzi, co musiało wiązać się z pewnego rodzaju skutecznością tego, co robili.

Zostawmy jednak temat znachorstwa i tego typu dywagacje…. Skupmy się na tym, co najbardziej przemawia do współczesnego człowieka, czyli faktach. Niezwykle wiele substancji zawartych w lekach czy suplementach diety jest pochodzenia naturalnego.

Badane ostatnimi czasy właściwości nienasyconych kwasów tłuszczowych z grupy omega-3 zadziwiły nawet naukowców. Fakt, że są one budulcem błon komórkowych, a więc odpowiadają za poprawne funkcjonowanie absolutnie wszystkich organów w ludzkim organizmie, przynosi nowe spojrzenie na korzyści płynące z picia znienawidzonego przez dzieci tranu, gdyż to właśnie tłuszcze ryb morskich są ich bogatym źródłem. O ile jednak omega-3 zawarte w dobrej jakości tranie były stosunkowo dobrze przyswajalne, to każda obróbka, której podlegają, niszczy ich strukturę i właściwości. Tak więc, łykanie promowanych ostatnio suplementów diety w nich zawartych jest bezcelowe (więcej na ten temat możecie poczytać w tekście NNKT a suplementy diety. Dokładnie opisałam tam, dlaczego zawartość omega-3 w suplementach nijak się ma do tej z np. oleju lnianego). Swoją drogą, przyznacie, że chyba najłatwiej byłoby jadać ryby, prawda?…

Niezwykle ważne dla zachowania zdrowia jest przyjmowanie odpowiednich dawek wspomnianych wyżej kwasów z grupy omega-3. Olej lniany, jego bogate źródło, stał się orężem w walce z rakiem, którego wykorzystywanie postulowała i faktycznie wprowadziła do swej terapii niemiecka biochemik dr Budwig. Przyjmowanie oleju lnianego przez pacjentów z jej kliniki okazało się na tyle skuteczne, że większość z nich została wyleczona. Brzmi to zadziwiająco, ale najlepszym poparciem tego twierdzenia jest to, że olej lniany jest na stałe wprowadzony do terapii w wielu zachodnich klinikach zajmujących się leczeniem pacjentów chorych na raka, a wyniki badań dr Budwig nigdy nie zostały podważone. Naukowcy docenili jego właściwości i często z nich korzystają. Powiedz znajomemu, że pijesz olej lniany w celach profilaktyki chorób czy walki z jakąkolwiek z nich, a uśmiechnie się z politowaniem bądź ostentacyjnie wybuchnie śmiechem…

Kolejny przykład- tabletki wspomagające odchudzanie. W większości z nich znajdziemy min. l-karnitynę, która naturalnie występuje w mięsie, kofeinę, której dostarczyć możemy sobie w filiżance dobrej kawy, ekstrakt z grejpfruta, którego możemy, co tu dużo mówić, zjeść etc. Po co łykać tabletki z ekstraktem z zielonej czy czerwonej herbaty, jeśli można ją pić i dostarczyć sobie nie tylko tych samych składników w ilości większej i postaci lepiej przyswajalnej, ale, przy okazji, spędzić miłe chwile wytchnienia z ulubionym kubkiem w dłoni? Nie wspominając już o tym, że oszczędzimy dzięki temu pieniądze…

Swego czasu hitem była odchudzająca dieta kapuściana. O tym czy jest zdrowa i skuteczna można dyskutować, ale wiele osób walczących z nadprogramowymi kilogramami postanawiało, że, zgodnie z jej zasadami, będą jeść przez cały tydzień głównie ugotowaną z kapusty i innych warzyw zupę. Popularność diety była ogromna i nie trzeba było długo czekać, by wyczuwający zyski producenci suplementów diety wymyślili i wyprodukowali, uwaga uwaga, zupę kapuścianą w tabletkach! Czy to brzmi jak żart? Dla niektórych z pewnością tak, ale tak właśnie się stało. Nie będę wstawiać tu żadnych linków do stron producentów owych tabletek, bo, po pierwsze, nie o promowanie ich mi chodzi, a po drugie- odnalezienie takich tabletek w internetowych (i nie tylko) aptekach i drogeriach jest dziecinnie proste. Pytanie, jakże banalne, nasuwa się samo- dlaczego mam łykać tabletki zawierające wyciągi, o rzekomym czy faktycznym, wszystko jedno, działaniu odchudzającym, jeśli mogę zajadać się kapustą z cebulą (która jest, notabene naturalnym antybiotykiem) i innymi warzywami, ugotowaną nawet według innego przepisu, bo przecież chodzi o jej właściwości, które nie znikną, gdy dodam do niej inne przyprawy czy przecier pomidorowy zamiast pomidorów z puszki, i dostarczyć sobie prawdziwego witaminowego zastrzyku, wspomóc pracę jelit, bo warzywa są bogatym źródłem błonnika, i odkryć zupełnie nowe smaki, które może i zagoszczą na stałe w moim domowym menu? Cóż, może dlatego, że łatwiej jest jednak jadać dokładnie tak samo jak wtedy, gdy nadwagi się nabawiliśmy, i łykać pastylki…. Czy to przyniesie efekty? Wątpię. Ale ktoś na naszym upodobaniu do chodzenia na łatwiznę zarabia, powiem kolokwialnie, wybaczcie, naprawdę grubą kasę.

Przykłady można mnożyć w nieskończoność. Wielką popularnością cieszą się suplementy diety zawierające magnez. Czy działają? Nie tak dobrze jak wprowadzenie do codziennego menu orzechów, pestek dyni czy roślin strączkowych, które naturalnie go w sobie mają. Pijemy wodę, w której rozpuszczone są musujące tabletki z witaminami zamiast jeść świeże owoce i warzywa. Spożywamy ich więc za mało i tym samym nie dostarczamy sobie błonnika. Pojawiają się zaparcia. Co wtedy robimy? Łykamy błonnik w tabletkach bądź uciekamy się do przyjmowania środków przeczyszczających, na które się uodparniamy i problem narasta. Swoją drogą, zwróćcie uwagę na skład tych pochodzenia naturalnego- to głównie różnego typu błonnik bądź senes, z którego można zaparzyć sobie przecież herbatkę.

A jak sprawa ma się z kosmetykami? To jakiś dziwny paradoks- droższe i chętniej kupowane są kosmetyki, które bazują na produktach pochodzenia naturalnego. Wiara w to, co z natury jednak nie wyginęła… Ale czemu więc nikt nie chce już robić peelingów czy balsamów sam? Czemu kupowanie tych samych składników, które możemy wykorzystać sami i mieć na skład kremu czy toniku pełen wpływ, będąc pewnym, że nie narażamy się na uczulenia etc., gdy znajdują się w specyfiku zamkniętym się w pięknym opakowaniu z logo modnej na rynku kosmetycznym firmy jest czymś nobilitującym?

Zachłysnęliśmy się cywilizacyjnym postępem i zdaje się nam, że laboratoria mają monopol na niesienie schorowanej ludzkości pomocy. Może jednak powinno przyjść nam czasem do głowy, że większość badań zapoczątkowało nic innego, jak obserwacja wpływu na ludzkie zdrowie składników zawartych w roślinach, jak np. zioła czy warzywa, a więc witamin, błonnika, tłuszczów etc. Parzenie ziółek współczesnego człowieka bawi, ale powinien zastanowić się nad tym, że właśnie dlatego, że jego babcie czy dziadkowie te same ziółka pili, on może ekstrakty z nich kupić w aptece. Kogoś skłoniło to do uważnego się im przyjrzenia. Będą umieszczone w pięknych białych tabletkach, a zawierające je leki będą opatrzone ulotkami, których treść rozpoczyna się od łacińskich nazw już nie ziół, ale substancji czynnych.

Oczywiście wytwarzane są również substancje czysto syntetyczne, ale bodźcem do ich opracowywania niemal zawsze jest substancja naturalna- chemicznie chce się np. zintensyfikować jej działanie. Radujmy się! Oto triumf człowieka nad naturą!

Zmierzam do tego, że medycyna naturalna nie jest żadną magią. Kiedyś była medycyną jedyną dostępną. Nasza wiedza, jak to się mówi, poszła do przodu, ale rezygnacja z tego, co zapewniało zdrowie i dobre samopoczucie naszym bliższym czy dalszym przodkom jest pozbawianiem się jakiejkolwiek autonomii w kwestii troski o własne ciało. Wiemy dziś jakie szkody potrafią wyrządzić np. antybiotyki. Kto wie, co odkryjemy za 10 czy 20 lat? Co z tego, co nałogowo łykamy w postaci kolorowych pastylek, okaże się szkodliwe?

Nie bez powodu pewne choroby nazywa się cywilizacyjnymi. Wykorzystywanie dokonań cywilizacji w walce z jej skutkami jest, jak mi się zdaje, możecie się zgodzić lub nie, odrobinę irracjonalne. Wraz z wychwalanym postępem tracimy intuicję i, zdaje się, zdrowy rozsądek też. I, jak to zwykle bywa, na nieświadomości tłumów małe grupy tych świadomych zarabiają. Nie jestem zwolenniczką teorii spiskowych, ale rachunek jest prosty.

Podsumowując, chciałabym powiedzieć, że ludzka nieświadomość w kwestii odżywiania i zdrowego stylu życia niezwykle mnie niepokoi. Przecież nasze zdrowie jest, tak naprawdę, najważniejsze. Tylko w jego towarzystwie można naprawdę cieszyć się z życia. Pijmy dużo wody, jedzmy zdrowo, czujmy się dobrze… To naprawdę nie takie trudne. Walczmy z codzienną frustracją przy pomocy aktywności fizycznej, dobrej gorzkiej czekolady, melisy… uśmiechu. Każdy musi znaleźć swoją drogę. Po co jednak oszukiwać się i zrzucać odpowiedzialność za nasze ciało na zupełnie obcych ludzi, czy to lekarzy czy producentów leków, którym, z prostych przyczyn, jaką jest min. ludzka egoistyczna natura, na nim nie zależy?

Na koniec moje małe, nie do końca poważne, spostrzeżenie. Może raczej pytanie otwarte… Jesteśmy zwierzętami, częścią natury. Tak jak rośliny. Co jest więc wiarą w „magię”? Szukanie w naturze odpowiedzi na nasze dolegliwości, tzn. te wynikające z biologii funkcjonowania naszego organizmu a nie będące buntem ludzkiego ciała wobec cywilizacji, czy przekonanie o tym, że połknięcie wyprodukowanej w laboratorium pastylki rozwiąże nasz zdrowotny problem? Czy to nie naukowcy w białych kitlach są znachorami XXIego wieku?

zdjęcie- źródło

Please follow and like us:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.